|

Czarodziejska Góra

„Czarodziejska góra”, chyba najbardziej znana powieść Thomasa Manna, to trudny orzech do zgryzienia. To książka bardzo obszerna (800 stron drobnym drukiem), chwilami monotonna, dłużąca się i nudnawa, o bardzo niejednolitej narracji, a do tego pełna opisów nie zawsze ciekawych osobników, zdarzeń czy miejsc. No a przede wszystkim jej główną trudnością i wyzwaniem są długie, nużące i czasami niezrozumiałe wynurzenia i dysputy filozoficzno-polityczno-ideologiczne.

Jednak, paradoksalnie, to właśnie te elementy łącznie z ciekawszymi i wciągającymi częściami powieści składają się na utwór, który stanowi świat sam w sobie i którego urokowi trudno się oprzeć…Zresztą nie bez powodu „Czarodziejską górę” określa się mianem arcydzieła i weszła ona do kanonu literatury światowej, stając się jednocześnie źródłem inspiracji dla wielu pisarzy i artystów.

Warstwa fabularna powieści opowiada o 23-letnim Hansie Castorpie, Niemcu z Hamburga, który przyjeżdża do uzdrowiska Davos w Szwajcarii by odwiedzić tam swojego kuzyna Joachima Ziemssena, przebywającego w Davos na kuracji. Hans zamierza spędzić w sanatorium „Berghof” trzy tygodnie by później powrócić do domu, zdać końcowe egzaminy uniwersyteckie i rozpocząć staż w firmie zajmującej się statkami.

Jego plany ulegają jednak zasadniczej zmianie. Zamiast trzech tygodni Hans spędza na górze lat…siedem. I pewnie nie byłaby to kropka nad i, jednak sytuacja geopolityczna a dokładnie wybuch Wielkiej Wojny zmienia całkowicie bieg wydarzeń światowych ale i przerywa sielskie, beztroskie i jakby uśpione życie bohatera „Czarodziejskiej góry”, strącając go w brud, chłód i brzydotę wojennych okopów.

Mann w sposób niezwykle dokładny a jednocześnie zdystansowany opisuje świat „tam na górze”. A jest to rzeczywistość jakby nierzeczywista, gdzie każdy dzień wygląda podobnie, jest dokładnie zorganizowany, upływa zazwyczaj spokojnie, daje czas na obfite posiłki, kontemplację i przemyślenia, zdrowe spacery i kontakty towarzyskie. Świat ten na swój sposób wciąga i magnetyzuje od samego początku. Niby nic się tam nie dzieje a jednocześnie to swoisty mikrokosmos, który pozorną bierność przeciwstawia działaniu, chorobę zdrowiu, kontemplację materializmowi a ciało duchowi.

To tam poznajemy głównych bohaterów książki. Prócz Hansa Castorpa są nimi jego kuzyn Joachim- który czuł się skazańcem na górze, radca Behrens- kierownik „Berghofu”, dr Krokowski- analityk duszy (dziś powiedzielibyśmy psychoterapeuta), Kławdia Chauchat- platoniczna miłość Hansa, Lodovico Settembrini- wloski uczony, humanista, idealista, mason i jego zacięty rywal- Leon Naphta- Żyd, jezuita (choć bez ślubów), nihilista, zwolennik dyscypliny i terroru, Holender Pepeerkorn- charyzmatyczny i pełen magnetyzmu ekscentryk oraz inni liczni i zmieniający się mieszkańcy „Berghofu”.

Niezwykle ważnym aspektem powieści jest czas, który wydaje się nie mieć nic wspólnego z odmierzającymi go zegarami. Raz płynie wolno i leniwie, innym razem pędzi na łeb na szyję nie oglądając się za siebie.

Czas to może tak naprawdę główny bohater całej powieści. I to czas rozumiany wielowymiarowo. No bo dla Hansa Castorpa płynie on swoim tempem, powieść też rozgrywa i rozwija się w swoim, często niejednolitym, czasie. A i czytelnik potrzebuje dużo czasu by przeczytać książkę ( ja czytałam ją okolo miesiąca). I też konstatujemy, że są fragmenty, przez które można prześlizgnąć się w mgnieniu oka, a inne, jak chociażby spory Lodovico Settembriniego i Leona Naphty, dłużą się w nieskończoność. Zwłaszcza, że spory te, same w sobie nawet ciekawe, mają na celu wykazanie kunsztu krasomówczego, siły argumentów i intelektu rozmówców. A Hans Castorp, który jest głównym adresatem tych akademickich rozważań, staje się uczniem, o którego umysł i duszę walczy dwoje dyskutantów. Nie wiadomo tylko, który to anioł a który diabeł… Ma się wrażenie, że wymieniają się rolami 🙂

Powieść ta to też pewne lustro, które odbija nastroje społeczne panujące na nizinach. To również ciekawe studium postaci i charakterów, ich rozrywek, nawyków, poszukiwania miłości ale i oswajania wszechobecnej choroby i śmierci.

O książce tej można byłoby pisać i pisać. Ale po co? Lepiej ją przeczytać. I to nie raz, bo to taka powieść, do której warto byłoby wracać.

Dla mnie to była druga lektura „Czarodziejskiej góry”. Pierwszy raz czytałam ją w liceum a więc już lata temu. Wtedy też, pamiętam, zrobiła na mnie duże wrażenie 🙂 A ostatnio mocno za mną „chodziła”. Nie chciałam zignorować jej wołania ♥️

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *